1:14. Taka jest godzina gdy zaczynam to pisać. Czemu? Sama nie wiem. Po prostu czuję się nikim. Nikim.
Brak mi czyjegoś szczerego uśmiechu, dotyku... Kurwa, mi nawet brak słońca na niebie teraz.
Boję się.
Boję.
Strach mi się czai gdzieś w tyle głowy, cały czas przypominając o swojej obecności.
Znowu coś zjebię, mówię to wam, robaczki.
Spierdolę całkowicie, po całości.
Wrócił.
Lęk.
Wróciły.
Drgawki.
Wróciła.
Ona.
Depresja.
Moja królowa.
Wielbię ją.
Kocham ją.
Bo jak nie można kochać królowej?
Jest moja a ja jestem jej.
I znów coś mi szepcze z tyłu głowy że będzie lepiej.
Znajomy szept strachu.
Chcę się pociąć, upić, naćpać tabletkami na uspokojenie...
Cokolwiek.
Oby ją stłumić. Oby to wszystko przyciszyć.
Skoro radość zaraża to ja chyba jestem jakaś kuźwa odporna na nią.
Szaleję już.
Boli, tak kurewsko boli!
Walczę z depresją ale jak można walczyć z czymś co ukształtowało twój charakter?
Autodestrukcja.
To już się stało.
Pytanie:
Kiedy padnę? Kiedy przegram z chorobą?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz